Menu

Antoni Macierewicz:

Wychowywaliśmy ludzi zdolnych do służby niepodległościowej

Problem walki zbrojnej nie został przeze mnie odrzucony tak sobie, bezrefleksyjnie czy łatwo. Szukałem rozwiązań w polskiej tradycji politycznej wyrastającej z ruchu niepodległościowego, ale sięgałem też do ówczesnych doświadczeń walk partyzanckich. Czy można obalić taką potęgę militarną jak Związek Sowiecki? Czy można wypędzić z Polski wojska okupacyjne? [...]

Powstanie Komitetu Obrony Robotników stanowiło konsekwencję naszych długotrwałych i wytężonych wysiłków, choć oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że taki dokładnie kształt działań przewidywaliśmy od samego początku. Praca, którą na przełomie lat 60. i 70. rozpoczęliśmy w 1 Warszawskiej Drużynie Harcerzy im. Romualda Traugutta, czyli „Czarnej Jedynce”, miała na celu przygotowanie elit młodzieży na moment, kiedy realne stanie się bezpośrednie zaangażowanie na rzecz niepodległości. Zdawaliśmy sobie sprawę, czy też tak ocenialiśmy sytuację, że w tamtym czasie możliwe było jedynie prowadzenie pracy wychowawczej. Chodziło o to, by ukierunkować ją na wychowanie kadr ludzi zdolnych do służby niepodległościowej wtedy, kiedy powstaną dogodne ku temu warunki. […]

Realizowaną w „Jedynce” koncepcję wychowawczą do dzisiaj uważam za pewien fundament myślenia społeczno-polityczno-wychowawczego. Główny nacisk kładliśmy na wartości niepodległościowe, patriotyczne i religijne.

Rozumieliśmy je jako indywidualną odpowiedzialność, zdolność przywództwa i kształtowania rzeczywistości ze świadomością odpowiedzialności za wszystkie decyzje. A jednocześnie działanie, którego punktem odniesienia jest przekształcanie rzeczywistości społecznej, a poprzez to – politycznej. [...]

O akcji pomocy [dla represjonowanych w związku z protestami 25 czerwca 1976 r.] organizowanej przez krąg starszoharcerski Gromada [„Włóczęgów”, działający przy 1 WDH] poinformowałem Kuronia na spotkaniu u Jana Olszewskiego 17 lipca. Więcej o zasięgu naszej inicjatywy na terenie Ursusa i w Radomiu dowiedział się we wrześniu, kiedy przyjechał do Warszawy na przepustkę z wojska.

 

Piotr Naimski:

Środowisko „komandosów” nie przejawiało jakiejkolwiek aktywności
Kiedy w lecie i jesienią 1976 r. organizowaliśmy akcję [pomocy], środowisko „komandosów” nie przejawiało jakiejkolwiek aktywności, zaczęło dołączać z opóźnieniem. Trudno powiedzieć dokładnie, kiedy, bo przecież nie nastąpił żaden akces grupowy, odbywało się to na podstawie indywidualnych decyzji pojedynczych osób. Kiedy powstawał KOR, jeszcze ich nie było, ale w październiku – byli już aktywni. […] Zachętą dla „komandosów” stała się dopiero umiarkowana reakcja władz na utworzenie Komitetu [Obrony Robotników].

 

Wojciech Fałkowski:

Komitet Obrony Robotników został wymyślony przez Antoniego Macierewicza

Komitet Obrony Robotników został wymyślony przez Antoniego Macierewicza. Organizatorem akcji pomocy rozumianej jako wstęp do szerszego działania politycznego, pomysłodawcą zarówno idei, jak i inicjatorem KOR-u był Antoni Macierewicz.

 

Antoni Macierewicz:

Deklarację KOR-u napisałem u Piotrka w kuchni

Mieliśmy świadomość, że wkrótce musimy powołać Komitet i już teraz powinien być przygotowywany tekst programowy. Ustalono, że ten tekst opracuję ja. Pisałem go w kuchni u Piotra Naimskiego, Piotr i Wojtek Onyszkiewicz czekali, by przeczytać pierwszą wersję i nanieśli swoje poprawki. Następnego dnia byłem umówiony na spotkanie z Janem Józefem Lipskim i Janem Olszewskim. Napisany tekst miał być propozycją dla Olszewskiego i Lipskiego. […] Rzeczywiście ta propozycja została przyjęta, Jan Józef i Jan Olszewski dokonali tylko niewielkich zmian. […] Obniżeniu uległ emocjonalny ton. Istotną sprawą z politycznego punktu widzenia była końcowa część dopisana przez Jana Olszewskiego, dotycząca Paktów Praw Człowieka i Obywatela i kluczowej roli Kościoła.

 

Piotr Naimski:

Postanowiliśmy, że zakładamy Komitet we trzech

Wciąż nie umieliśmy dostać się do ludzi z „nietykalnymi” nazwiskami. […]

Zostało wymyślone zebranie u prof. Edwarda Lipińskiego w połowie września. Od strony organizacyjnej zajął się tym Lipski – określił termin i ściągnął około dziesięciu osób. Wcześniej naradziliśmy się we trzech, Antek, ja i Mirek Chojecki. Postanowiliśmy, że idziemy tam w trójkę – Jan Józef [Lipski], Mirek i ja, a nie idzie Antek. Mieliśmy ciągle poczucie, że w tego typu kluczowych momentach powinniśmy się dzielić, ponieważ w razie aresztowania ktoś musi zostać, aby dalej prowadzić akcję. Zamierzaliśmy zaprezentować ideę powołania komitetu, Komitetu Obrony Robotników. Złożyliśmy – to znaczy ja i Mirek – jako corpus delicti, z pierwszej ręki, relacje z Ursusa i Radomia. Uczestnicy spotkania mogli nas zobaczyć na własne oczy i przekonać się, że akcja nie jest żadną fikcją. Jan Józef przedstawił projekt Komitetu, a myśmy powiedzieli swoje. Wszystko zakończyło się fiaskiem, kompletnym niepowodzeniem, od samego początku widzieliśmy, że tak się stanie. Przemówienie pani Anieli Steinsbergowej sprowadziło się do stwierdzenia, według którego jakakolwiek próba stworzenia formalnej organizacji naraża na zarzuty z kodeksu karnego, a Komitet nie tylko nie będzie nas chronić, ale – wręcz przeciwnie – zaprowadzi wprost do więzienia. […] Próbował z tym polemizować Jan Józef, co nie wypadło najlepiej. Ktoś – nie pamiętam, kto – zaczął opowiadać o Sacharowie i jego komitecie. […] Zebrani przyklasnęli i powołali komisję do rozpatrzenia możliwości założenia takiego komitetu – obrony praw człowieka i obywatela. […] Wyszliśmy stamtąd i stwierdziliśmy, że […] nic z tymi ludźmi nie wyjdzie, że nie o to nam chodzi…

Kilka dni później spotkaliśmy się we trzech u mnie w domu, Wojtek Onyszkiewicz, Antek i ja. Postanowiliśmy, że zakładamy komitet we trzech, Komitet Obrony Robotników. Jeśli nas zamkną, to trudno, ale jak zacznie istnieć instytucja, to pojawią się następni. […] Byliśmy zdeterminowani – jak trzeba, to pójdziemy do więzienia, trudno. I z taką decyzją, że KOR już jest, postanowiliśmy spotkać się z Lipskim i Kuroniem w mieszkaniu Antka Libery.

[…] Powiedzieliśmy kolegom o powołaniu Komitetu. Na to Jan Józef stwierdził, że się przyłącza. Zrobił to ciężko wzdychając i mówiąc, że to bez sensu i po raz drugi w życiu uczestniczy w bezsensownej historii, a pierwszą było Powstanie Warszawskie. […] Kiedy okazało się, że Komitet już jest, Jacek Kuroń postanowił się do niego wpisać. Na ile go znałem, zrobił to poniekąd spontanicznie, a poniekąd z wyrachowania. Zaproponował swój udział, a jako wkład – numer telefonu. […] Wtedy powiedzieliśmy, że w takim razie wyłączamy ze składu Wojtka [Onyszkiewicza]. Miał kontynuować akcję pomocy jak nas zamkną. Na to Jan Józef oświadczył, że dopisuje prof. Edwarda Lipińskiego, gdyż ma jego upoważnienie do poparcia czegokolwiek, co uzna za stosowne, a to uznaje za stosowne. Komitet liczył już pięciu członków-założycieli. Postanowiliśmy dać sobie jeszcze dwa dni, aby przede wszystkim wrócić do tych, którzy uczestniczyli w spotkaniu u Lipińskiego. Nie po to, by proponować im zastanowienie się nad powołaniem jakiegoś komitetu, tylko żeby złożyć propozycję przystąpienia do już istniejącego Komitetu Obrony Robotników.

 

Antoni Macierewicz:

Kuroń uważał, że opozycja musi działać zgodnie z prawem

Intuicja podpowiadała nam, że nazwa Komitet Obrony Robotników najlepiej oddaje naszą aprobatę dla buntu przeciwko władzy. Kojarzyła się z radykalizmem antykomunistycznym protestujących robotników. Natomiast Kuroń uważał, że należy szanować prawo i opozycja musi działać zgodnie z prawem. Zgodnie z prawem? Zgodnie z komunistycznymi przepisami? Nie! To w ogóle nie wchodziło w grę. To nie było ani możliwe, ani sensowne. […]

Często się zastanawiałem, skąd brał się dystans dawnych „komandosów” do naszej inicjatywy. Myślę, że nad nimi dużo mocniej ciążyła obawa przed więzieniem. […] Inna kwestia, brak zaangażowania tego środowiska wynikał z faktu, iż inicjatywa nie należała do nich. A myślę, że i formuła nowego ruchu oporu była dla „komandosów” trochę obca. I ostatnia przyczyna, może nawet najważniejsza. […] Uważali, że nasze działania mogą doprowadzić do ujawnienia się polskiego nacjonalizmu i innych brzydkich rzeczy. […] Kształt polityczny Komitetu Obrony Robotników uznawany był przez większość „komandosów” za sprzeczny z ich dążeniami. Tak dalece, że na przełomie lata i jesieni 1977 r. próbowali nawet doprowadzić do zakończenia działalności KOR-u. Głównym argumentem za takim rozwiązaniem był fakt, iż najważniejszy cel został zrealizowany i dalsza działalność powinna być podejmowana wyłącznie w oparciu o myśl ideowo-polityczną i skład personalny wyrastający ze środowiska rewizjonistycznego, bez obciążeń ideowych środowisk niepodległościowych. Sądzę, że taka była przyczyna mniejszego zaangażowania tych ludzi w pierwszych miesiącach akcji pomocy i funkcjonowania KOR-u.

Dla mnie mniej istotna jest analiza psychologiczna postawy „komandosów”, ważniejszy – spór polityczny i dyskusja, czy mamy organizować ruch społeczny, czy też tworzyć instytucje, które dadzą początek partiom politycznym, związkom zawodowym, normalnym instytucjom życia polityczno-społecznego. Dla nas wzorem było Państwo Podziemne w okresie okupacji i nasze harcerskie grono czerpało inspiracje z opisu tamtych doświadczeń…

 

Jan Olszewski:

Kiedy tworzył się KOR, Adam Michnik przebywał za granicą

Nie przystąpiłem do Komitetu spodziewając się pewnych rzeczy i ich formalnych konsekwencji. Uważałem, że udział w obronie robotników na płaszczyźnie pozasądowej może dać pretekst do wykluczenia z adwokatury i stać się przyczyną odsunięcia od procesów. A w tym momencie ważniejsza, w ogóle najistotniejsza, była oczywiście możliwość wykonywania zawodu i udzielania pomocy prawnej uczestnikom Czerwca ’76. O wiele więcej mogłem zdziałać jako adwokat, niekoniecznie członek KOR-u. […]

Kiedy tworzył się KOR, Adam Michnik przebywał za granicą. Może dlatego uważał, że powstanie Komitetu to zasługa wyłącznie Kuronia... Chyba zadawał sobie pytanie, co ci wszyscy inni w ogóle tutaj robią... […] Od początku prezentował określoną postawę i po prostu uważał Antoniego Macierewicza i członków zespołu harcerskiego za takich, którzy weszli do KOR-u, no... nie wiadomo, w jaki sposób. No..., zostali jakoś tak nieostrożnie przez Kuronia dopuszczeni i zgłaszają teraz różne pretensje, ale cała impreza jest nasza! Przypuszczam, że wrócił do kraju [na początku maja 1977 r.] z tym przekonaniem i chyba przez cały czas demonstrował to nastawienie. Macierewicz i pozostali harcerze z „Czarnej Jedynki” i Gromady [„Włóczęgów”] byli traktowani jako ciało obce. Od momentu powołania pisma „Głos” i zasadniczego starcia jesienią 1977 r., w wyniku którego Michnik opuścił redakcję, wśród „komandosów” panowało przekonanie, że trzeba się ich pozbyć.

 

Antoni Macierewicz:

Zmierzaliśmy do odbudowy niepodległego państwa polskiego

Przy tworzeniu Komitetu Obrony Robotników nawiązaliśmy współpracę z „komandosami”. Była to pragmatyczna współpraca polityczna. […] Zdawałem sobie sprawę z różnic politycznych między naszym środowiskiem a środowiskiem „komandosów”. Stawały się one powodem często bardzo ostrych sporów i dyskusji. Nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, jaka była geneza tamtej grupy. Wiedziałem, z jakiego środowiska wywodzi się Jacek Kuroń, ale bardzo długo nie docierało do mnie, jakie są powiązania rodzinne Adama Michnika. Chociaż znałem naukowe „dokonania” jego matki. […] Dopiero pod koniec studiów na Wydziale Historii dowiedziałem się, że ojciec Adama był działaczem komunistycznym Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy, kto to jest Szwedowicz. O tym, że to brat Adama Michnika, były sędzia wojskowy, dowiedziałem się bodaj w roku 1977. […] Znałem „Szwedowicza” przez „Kulturę” kojarzoną z nurtem niepodległościowym. Nie sądziłem, że na jej łamach mogli drukować swoje teksty ludzie, którzy mieli na sumieniu zbrodnie przeciwko narodowi polskiemu. […]

Okazało się właśnie, kim była [Maria] Turlejska, jaka była przeszłość „Szwedowicza” i że ludzie z tego środowiska są po prostu bardzo głęboko uwikłani w zbrodnie przeciwko narodowi polskiemu. Stawało się coraz bardziej jasne, że mamy do czynienia z drugim pokoleniem, ze spadkobiercami najeźdźców. Oni wprawdzie deklarowali, że reprezentują już zupełnie inny punkt widzenia, ale gdy dochodziło do dyskusji nad tamtymi czasami i czynami, wtedy stawało się jasne, że mówienie o zbrodniach sowieckich, komunistycznych jest przez nich akceptowane tylko w zakresie tzw. zbrodni stalinowskich. Czyli następowało selekcjonowanie i profilowanie informacji w zależności od tego, kto był ofiarą. Te zbrodnie, o których mówiono, dotyczyły wydarzeń wewnątrz aparatu komunistycznego. Tutaj czyny okazywały się straszliwe, nie do wybaczenia, dyskwalifikujące ludzi raz na zawsze. Ale już na przykład nad mordowaniem polskich chłopów czy oficerów Armii Krajowej łatwiej przechodzono do porządku dziennego. Tu zbrodnie okazywały się w dużo mniejszym stopniu naganne, czy podlegające infamii. I chętniej mówiono o „wojnie domowej” niż o sowieckiej okupacji, a bohaterów Narodowych Sił Zbrojnych zrównywano z moskiewskimi bandytami, „bo przecież skrajności były po obu stronach”.

[…]  Konflikt między nami a lewicą laicką wynikał też ze stawiania sobie różnych celów. Koledzy chcieli reformy komunizmu, reformy socjalizmu, tyle że powstała w ten sposób struktura, choć miałaby inną obsadę personalną i zapewne inne metody sprawowania władzy, i tak wywodziłaby się z okupacji sowieckiej i ze stalinizmu. My zmierzaliśmy do odbudowy niepodległego państwa polskiego. […] Istotą rzeczy był program niepodległościowy i państwowy, bo dążyliśmy do odbudowy niepodległej Polski. Cała reszta stanowiła pochodną starań o niepodległość. Zdarzało się nam zarówno wchodzić w konflikt ze środowiskiem lewicy laickiej, jak i zawierać z nim sojusze wtedy, kiedy uważaliśmy, że nie ma innego rozwiązania i jest to absolutnie konieczne. […]

Nigdy nie unikaliśmy jasnego stawiania sprawy, że środowisko lewicy laickiej uważamy za spadkobierców ludzi, którzy okupowali Polskę. Bacznie obserwowaliśmy ich „nawrócenie” i podejrzewaliśmy, że ich działania zmierzają do sojuszu ze środowiskami tzw. liberałów partyjnych. O ile jednak zdawałem sobie sprawę z różnic, jakie nas dzieliły, niektóre konflikty tłumaczyłem względami ambicjonalnymi, o tyle nie zdawałem sobie sprawy z ich niechęci, lekceważenia i wręcz pogardy dla polskości. Opowiadano mi, że dawni „komandosi” podczas spotkań we własnym gronie w sposób prześmiewczy traktowali mnie i moich kolegów. Na określenie naszego środowiska używano z lekceważeniem określenia „harcerzyki” i „chłopcy w krótkich spodenkach”. […]

Oczywiście popełniliśmy wiele błędów politycznych, może także moralnych. Nie chcę i nie potrafię tego ocenić. Ale wydawało nam się, że na temat tamtego środowiska wiemy dostatecznie dużo, by na chłodno dokonywać oceny i podejmować  decyzje.

 

Piotr Naimski:

Tradycja lewicy laickiej była dla nas obca i wroga

W gronie ludzi związanych z lewicą laicką, Adamem Michnikiem, Jackiem Kuroniem, znajdowało się wiele osób, które należały do instalowanego w Polsce od 1944 r. komunistycznego aparatu administracji i represji. Potem na skutek różnych tarć wewnętrznych i walk międzyfrakcyjnych zostały wypchnięte z kręgu władzy i nagle zaczęły dostrzegać mankamenty ustanowionej przez siebie dyktatury. Mówimy przede wszystkim o pokoleniu lat 20. czy 30. System wysadził z siodła sporo swoich akolitów. Rzeczywiście, po Październiku ’56 zaliczali się do partyjnych rewizjonistów. W latach 70. stanowili  dla lewicy laickiej bardzo istotny punkt odniesienia. […]

Tradycja środowiska lewicy laickiej budziła nieufność. Była dla nas obca i wroga. Wywodzący się z niej nasi „koledzy organizacyjni” nie mieli przeszłości stalinowskiej. Brat Michnika miał przeszłość stalinowską, ale Adam Michnik nie miał takiej przeszłości, bo... może z powodu metryki... Tyle że w każdym momencie, kiedy „komandosi” traktowali rodziców albo starsze rodzeństwo z rewerencją, to przywracali obawę przed swoim środowiskiem. Sami – choć może w sposób niezamierzony – przypominali nam, że musimy zachować ostrożność. […]

O tym, że z dawnymi „komandosami” jest nam nie po drodze, wiedzieliśmy od samego początku. Na przełomie 1976 i 1977 r. praca organizacyjna w KOR-ze wyglądała w ten sposób, że co jakieś dwa dni w różnych mieszkaniach i miejscach odbywały się spotkania. W niezbyt licznym gronie: Antoni, Wojciech Ziembiński, Lipski, Kuroń i ja, czasem dojeżdżał Mirek Chojecki […]. Załatwialiśmy różne bieżące rzeczy. A jak już wszystko omówiliśmy, to nieodmiennie przechodziliśmy do punktu drugiego: „A teraz Jacuś powiedz, dlaczego rozpieprzałeś harcerstwo? Dlaczego robiłeś to, co robiłeś?!”. I zaczynała się runda numer 2.

Różnica polegała na tym, że „tamci” chcieli reformować komunistów i PRL, a my – nie. Na tym, że „tamci” chcieli Polskę finlandyzować, a my chcieliśmy niepodległości. Ta desperacja Michnika w lecie 1977 r. ... Wrócił z zagranicy na przełomie kwietnia i maja, na trzy miesiące trafiliśmy w ileś osób do więzienia, a potem – konsekwentnie uważał, że należy zamknąć działalność KOR-u. […] Był przekonany, że powinno się to przerwać, co argumentował zakończeniem akcji pomocy i wypełnieniem zadania. W rzeczywistości dalsze istnienie Komitetu uważał za ruch destrukcyjny wobec możliwości porozumienia z „liberalną” frakcją w PZPR. […] Napisał artykuł, uznający mądrość polityczną Edwarda Gierka, który ogłosił amnestię. […] W naszym odczuciu tekst z „podziękowaniem” dla Gierka nie był pierwszym ekscesem tego typu. To była linia, „tamci” – środowisko Kuronia i Michnika – grali na frakcje, to było całe ich życie i sposób działania. Właśnie gra na frakcje, na frakcje w PZPR. Nie wyobrażali sobie innego modelu funkcjonowania. Na tym polegała zasadnicza różnica między nimi, różnego autoramentu rewizjonistami w partii, w ruchu komunistycznym, a nami – z zewnątrz. Albo inaczej – jak to ujmował Jakub Karpiński – między dysydentami a pozostałymi. Jakub po pańsku traktował Michnika, nie wdawał się w bijatyki. Zawsze prostował bardzo uprzejmie i precyzyjnie, kiedy próbowano określać go słowem „dysydent”. „Metodologicznie do tego podchodząc – mówił – aby być dysydentem najpierw trzeba być uczestnikiem. Otóż ja nie jestem dysydentem”. My – ze środowiska harcerskiego – także nie byliśmy dysydentami. […]

Różnica między naszymi środowiskami polegała również na tym, że „tamci” byli nastawieni wsobnie i elitarnie, natomiast my – zewnętrznie i powszechnie. „Tamci” kitłasili się w swoim sosie, umacniając wewnętrznie, a my – pozostawaliśmy na wszystkich otwarci. Na spotkanie „komandosów” dostać się było trudno, na zebranie Gromady – bardzo prosto. Świadomie i celowo to ułatwialiśmy. „Tamci” bali się otoczenia, a my chcieliśmy integrować się i na nie wpływać. To co powiem może zabrzmieć jak zarzut, ale „tamci” mogli bać się tłumu, a my się go nie baliśmy. Rok 1988 i 1989 to ich strach. Strach Michnika, że zostaną „zamordowani” przez „czarny motłoch”.